piątek, 6 września 2013
Paulistańskie Toronto
Są takie miejsca w São Paulo, gdzie można zapomnieć o rozwydrzonych nastolatkach, zatłoczonych autobusach, harmidrze wielkiego miasta, słowem — zrelaksować się po trudach tygodnia. I te miejsca mnie wciąż zachwycają. W poprzedni weekend wybraliśmy się do parku Toronto. Nie dociekałam, skąd wzięła się ta nazwa. Zwyczajnie rozkoszowałam się upałem w środku zimy, orzeźwiającą wodą z kokosa oraz tymi pięknymi okolicznościami przyrody.
środa, 4 września 2013
Telewizja śniadaniowa
Kilka tygodni temu na Facebooku odezwała się do brazylijskich Polaków pani Dorota z TVP z prośbą o pomoc w realizacji materiałów o Brazylii, które przygotowywała w związku ze Światowymi Dniami Młodzieży w Rio de Janeiro. A że nasza polonijna grupa działa szybko i skutecznie, w domu jednej z koleżanek zorganizowałyśmy tradycyjne polskie śniadanie, podczas którego opowiedziałyśmy o naszym życiu za oceanem.
Spotkanie wyglądało tak:
A opowiadałyśmy tak:
http://www.tvp.pl/polonia/polonia-24/wideo/30082013-2200/12063150
Spotkanie wyglądało tak:
A opowiadałyśmy tak:
http://www.tvp.pl/polonia/polonia-24/wideo/30082013-2200/12063150
sobota, 6 lipca 2013
Spacer po raju
Kiedy po raz pierwszy przyjechałam do Brazylii, nie wiedziałam jeszcze, że kilka lat później ten kraj objawi mi się jako raj na ziemi. Nie, wcale nie chodzi o wspaniałą przyrodę i plaże, nawet nie o te cudowne tropikalne owoce i lato przez niemal cały rok.
Kiedy przyjechałam tu po raz pierwszy, jeszcze nie wiedziałam, bo wówczas nie zajmowałam się jeszcze wszelkiego rodzaju pracami manualnymi: decoupagem, szydełkowaniem, wyrobem biżuterii. A Brazylia jest właśnie rajem dla miłośników rękodzieła. Sklepy z wyrobami ze sklejki (fakt, nie ma tu takiego wyboru przedmiotów drewnianych, jaki miałam w Polsce) są na każdym kroku. Pasmanterie oferują nie tylko szeroki wybór nici, włóczek i sznurków, ale także gotowych wyrobów szydełkowych i robionych na drutach oraz kursy w rozmaitych technikach.
Najpopularniejsze są chyba jednak przedmioty dekoracyjne wykonane z materiału w technikach patchworkowych. To tutaj nauczyłam się szyć małe kolorowe kwiatki fuxico, jakie kiedyś niezamożne Brazylijki szyły przy plotkowaniu, a które dziś spotkać można na salonach w postaci naszyjników, tiar, broszek i breloków. Ostatnio zaopatrzyłam się w zestaw do patchworkowych aplikacji i kolorowy kogut zdobi pokrowiec na toster uszyty przez teściową (pokrowce na urządzenia kuchenne to też chyba tutejszy wynalazek).
Nic dziwnego zatem, że od wczoraj odbywają się w Sao Paulo ogromne targi rękodzieła Mega Artesanal. Na kilkuset stoiskach można zaopatrzyć się w upominki hand-made, artykuły artystyczne oraz startery potrzebne, aby stworzyć coś samemu (na przykład płótna z obrazkiem i dołączonymi nićmi w odpowiednich kolorach albo książeczki z instrukcjami). Na warsztatach można nauczyć się nowych technik, na przykład szycia lub mozaik. Moim łupem padły przede wszystkim przepięknie zadrukowane materiały oraz wiele podpatrzonych pomysłów.
Kiedy przyjechałam tu po raz pierwszy, jeszcze nie wiedziałam, bo wówczas nie zajmowałam się jeszcze wszelkiego rodzaju pracami manualnymi: decoupagem, szydełkowaniem, wyrobem biżuterii. A Brazylia jest właśnie rajem dla miłośników rękodzieła. Sklepy z wyrobami ze sklejki (fakt, nie ma tu takiego wyboru przedmiotów drewnianych, jaki miałam w Polsce) są na każdym kroku. Pasmanterie oferują nie tylko szeroki wybór nici, włóczek i sznurków, ale także gotowych wyrobów szydełkowych i robionych na drutach oraz kursy w rozmaitych technikach.
Najpopularniejsze są chyba jednak przedmioty dekoracyjne wykonane z materiału w technikach patchworkowych. To tutaj nauczyłam się szyć małe kolorowe kwiatki fuxico, jakie kiedyś niezamożne Brazylijki szyły przy plotkowaniu, a które dziś spotkać można na salonach w postaci naszyjników, tiar, broszek i breloków. Ostatnio zaopatrzyłam się w zestaw do patchworkowych aplikacji i kolorowy kogut zdobi pokrowiec na toster uszyty przez teściową (pokrowce na urządzenia kuchenne to też chyba tutejszy wynalazek).
Nic dziwnego zatem, że od wczoraj odbywają się w Sao Paulo ogromne targi rękodzieła Mega Artesanal. Na kilkuset stoiskach można zaopatrzyć się w upominki hand-made, artykuły artystyczne oraz startery potrzebne, aby stworzyć coś samemu (na przykład płótna z obrazkiem i dołączonymi nićmi w odpowiednich kolorach albo książeczki z instrukcjami). Na warsztatach można nauczyć się nowych technik, na przykład szycia lub mozaik. Moim łupem padły przede wszystkim przepięknie zadrukowane materiały oraz wiele podpatrzonych pomysłów.
środa, 12 czerwca 2013
Niech żyje Polska!
Od niedzieli chodzę mocno podekscytowana. Ciągle sprawdzam na Facebooku nowe posty, bo a nuż pojawi się w sieci nowe zdjęcie lub wideo z występu "Chabrów i Maków" podczas największego paulistańskiego święta narodów Festa do Imigrante. Miesiące treningów i mniej ważnych występów miały nas przygotować do tego wydarzenia. Ale czy w ostatnią sobotę czuliśmy się przygotowani? Czy wierzyliśmy w sukces?
A jednak. Nasz wspólny z polskim chórem koncert — bo koncertowo, z uśmiechem na twarzach, swobodnie, bezbłędnie, śpiewaliśmy i tańczyliśmy — okazał się sukcesem. Zebraliśmy gratulacje nie tylko od rodzin, przyjaciół i paulistańskich Polaków, ale także od publiczności, organizatorów i uczestników festiwalu. Już nie czułam się jak Krupówkowy miś, ale jak prawdziwa artystka, krzewiąca kulturę polską. A co! Właśnie tak doniośle się czułam.
Niedzielne wydarzenia chyba mocno podniosły morale w grupie, bo wraz z naszą "kerowniczką" Michaliną mamy już nowe wspaniałe plany. Do tego nasza czeska przyjaciółka zaproponowała nam przygotowanie wspólnej prezentacji kultury pogranicza. No i po wakacjach czekają na nas nowe zaproszenia. Sporo więc przed nami pracy, ale ja już nie mogę się doczekać sierpnia, kiedy to powrócimy do prób, pełni entuzjazmu i nowych sił.
A jednak. Nasz wspólny z polskim chórem koncert — bo koncertowo, z uśmiechem na twarzach, swobodnie, bezbłędnie, śpiewaliśmy i tańczyliśmy — okazał się sukcesem. Zebraliśmy gratulacje nie tylko od rodzin, przyjaciół i paulistańskich Polaków, ale także od publiczności, organizatorów i uczestników festiwalu. Już nie czułam się jak Krupówkowy miś, ale jak prawdziwa artystka, krzewiąca kulturę polską. A co! Właśnie tak doniośle się czułam.
Niedzielne wydarzenia chyba mocno podniosły morale w grupie, bo wraz z naszą "kerowniczką" Michaliną mamy już nowe wspaniałe plany. Do tego nasza czeska przyjaciółka zaproponowała nam przygotowanie wspólnej prezentacji kultury pogranicza. No i po wakacjach czekają na nas nowe zaproszenia. Sporo więc przed nami pracy, ale ja już nie mogę się doczekać sierpnia, kiedy to powrócimy do prób, pełni entuzjazmu i nowych sił.
Nie taka znów beata…
Często się zdarza, że imiona obcokrajowców brzmią nam dziwnie lub śmiesznie i wtedy fajnie robi się z nich żarty (albo z ich właścicieli). Angielska Pipa lub brazylijski Rui ("r" na początku wyrazu wymawia się w tutejszym portugalskim jak "h") dostarczają sporo — prymitywnej, bo prymitywnej — ale jednak uciechy. Wyobraźcie sobie sytuację, w której przedstawiacie w towarzystwie swojego męża/narzeczonego/chłopaka/kolegę* (*niepotrzebne skreślić): To jest Rui.
No ale na przykład taka Beata. Piękne, pochodzące z łaciny imię, znaczące tyle, co "błogosławiona". W najczarniejszych nawet myślach nie spodziewałam się, że i ja stanę się obiektem, no w najlepszym razie zdziwienia.
Gdy przedstawiam się komuś po raz pierwszy, zazwyczaj przynajmniej raz muszę powtórzyć, jak mam na imię. I wcale nie dlatego, że moje imię brzmi szczególnie egzotycznie. Wręcz przeciwnie. Brzmi tak znajomo, że ludzie nie dowierzają własnemu słuchowi.
Kilka miesięcy temu, krótko po przyjeździe, gdy odbierałam od kuriera przesyłkę ze sklepu, przydarzyła mi się taka oto rozmowa:
Kurier: Poproszę pani imię.
Ja: Beata.
Kurier (z wielką konsternacją): To może poda mi pani numer dowodu…
Ja: Nie pamiętam w tej chwili.
Kurier (znów próbując desperacko): Hmmm… To może numer telefonu?
Ja: Też nie pamiętam.
Kurier (w odruchu rozpaczy podając mi pokwitowanie): To proszę tu podpisać!
Ja: (podpisuję kwit).
Kurier wnosi paczkę, odbiera ode mnie papier, przypatruje mu się chwilę, po czym pyta: To naprawdę ma pani na imię Beata?
Skąd takie wielkie zdziwienie większości moich rozmówców? Otóż w Brazylii "beata" oznacza ni mniej, ni więcej, tylko dewotkę. Nie raz już słyszałam: "To twoja rodzina musi być bardzo religijna". No cóż, cieszę się chociaż, że wyemigrowałam do Brazylii, bo w Portugalii to miałabym już naprawdę przechlapane…
No ale na przykład taka Beata. Piękne, pochodzące z łaciny imię, znaczące tyle, co "błogosławiona". W najczarniejszych nawet myślach nie spodziewałam się, że i ja stanę się obiektem, no w najlepszym razie zdziwienia.
Gdy przedstawiam się komuś po raz pierwszy, zazwyczaj przynajmniej raz muszę powtórzyć, jak mam na imię. I wcale nie dlatego, że moje imię brzmi szczególnie egzotycznie. Wręcz przeciwnie. Brzmi tak znajomo, że ludzie nie dowierzają własnemu słuchowi.
Kilka miesięcy temu, krótko po przyjeździe, gdy odbierałam od kuriera przesyłkę ze sklepu, przydarzyła mi się taka oto rozmowa:
Kurier: Poproszę pani imię.
Ja: Beata.
Kurier (z wielką konsternacją): To może poda mi pani numer dowodu…
Ja: Nie pamiętam w tej chwili.
Kurier (znów próbując desperacko): Hmmm… To może numer telefonu?
Ja: Też nie pamiętam.
Kurier (w odruchu rozpaczy podając mi pokwitowanie): To proszę tu podpisać!
Ja: (podpisuję kwit).
Kurier wnosi paczkę, odbiera ode mnie papier, przypatruje mu się chwilę, po czym pyta: To naprawdę ma pani na imię Beata?
Skąd takie wielkie zdziwienie większości moich rozmówców? Otóż w Brazylii "beata" oznacza ni mniej, ni więcej, tylko dewotkę. Nie raz już słyszałam: "To twoja rodzina musi być bardzo religijna". No cóż, cieszę się chociaż, że wyemigrowałam do Brazylii, bo w Portugalii to miałabym już naprawdę przechlapane…
Portugalska beata
wtorek, 11 czerwca 2013
Maryna gotuj pierogi!
Kolejny weekend również przyniósł moc wrażeń, tym razem kulinarnych. Postanowiłyśmy obalić mit, że gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść, i zebrałyśmy się nawet nieco większą polsko-brazylijską grupą na gotowanie pierogów. Było wesoło i smacznie!
W roli Maryny wystąpiły: Michalina, Ewa, Aneta, Zosia, Greta, Joasia, Rosane i ja. W roli mężów Maryny — bo w końcu nie dla siebie gotowała, nie? — mężowie kilku wyżej wymienionych.
W roli Maryny wystąpiły: Michalina, Ewa, Aneta, Zosia, Greta, Joasia, Rosane i ja. W roli mężów Maryny — bo w końcu nie dla siebie gotowała, nie? — mężowie kilku wyżej wymienionych.

Zdjęcia z albumu własnego oraz: Michaliny i Joanny.
DAGADANA w Brazylii
Nie lada niespodziankę przygotowali dla Polonii organizatorzy tegorocznego festiwalu Virada Paulista. W niedzielę, 19 maja, na scenie w samym sercu historycznej części miasta, wystąpił Wielkopolski zespół DAGADANA, grający polski i ukraiński folk w nowoczesnych, eletroniczno-transowych aranżacjach oraz utwory własne. Nazwa grupy pochodzi od imion założycielek, Dagi Gregorowicz i Dany Vynnytskiej. Skład uzupełnia Mikołaj Pospieszalski, do Brazylii przyleciał też dbający o piękne brzmienie zespołu Jacek Jaroszewski. Na koncercie pojawiła się liczna reprezentacja Polaków, ale oryginalny repertuar przypadł do gustu wielu Brazylijczykom, którzy po występie chętnie kupowali płytę zespołu Dlaczego nie oraz wyrazili wiele słów uznania.
Moje spotkanie z DAGADANĄ zaczęło się jednak kilka dni wcześniej od wiadomości na Facebooku skierowanej do Polaków w São Paulo z prośbą o pokazanie grupie miasta. Tym sposobem przesympatyczni członkowie zespołu pojawili się na sobotniej próbie "Chabrów i Maków", po czym wspólnie z tubylcami — Michaliną, Grześkiem i Carlosem — udaliśmy się na bazar Benedito Calixto (dziewczyny, czekam na recenzję butów!) oraz do parku Ibirapuera. Dzięki Michalinie i jej wspaniałemu mechanicznemu rumakowi odbyliśmy przejażdżkę przez pół miasta i spędziliśmy pełen wrażeń i dobrej zabawy dzień.
Kiedy w niedzielę pojawiliśmy się polską ferajną na koncercie, przywitaliśmy się jak dobrzy znajomi, było to niesamowite przeżycie. W ogóle tylu Polaków (choć lepiej by powiedzieć: Polek, bo to dziewczyny pojawiły się ze swoimi brazylijskimi mężami) w jednym miejscu, jeszcze tu nie widziałam, choć nie musiałam czekać długo na kolejne takie spotkanie, o czym już za chwilę w następnym poście.
Moje spotkanie z DAGADANĄ zaczęło się jednak kilka dni wcześniej od wiadomości na Facebooku skierowanej do Polaków w São Paulo z prośbą o pokazanie grupie miasta. Tym sposobem przesympatyczni członkowie zespołu pojawili się na sobotniej próbie "Chabrów i Maków", po czym wspólnie z tubylcami — Michaliną, Grześkiem i Carlosem — udaliśmy się na bazar Benedito Calixto (dziewczyny, czekam na recenzję butów!) oraz do parku Ibirapuera. Dzięki Michalinie i jej wspaniałemu mechanicznemu rumakowi odbyliśmy przejażdżkę przez pół miasta i spędziliśmy pełen wrażeń i dobrej zabawy dzień.
Kiedy w niedzielę pojawiliśmy się polską ferajną na koncercie, przywitaliśmy się jak dobrzy znajomi, było to niesamowite przeżycie. W ogóle tylu Polaków (choć lepiej by powiedzieć: Polek, bo to dziewczyny pojawiły się ze swoimi brazylijskimi mężami) w jednym miejscu, jeszcze tu nie widziałam, choć nie musiałam czekać długo na kolejne takie spotkanie, o czym już za chwilę w następnym poście.
Próba
Na bazarze
Park Ibirapuera
Na koncercie
Zdjęcia z albumu własnego oraz: DAGADANY, Michaliny Staniczek Andrade oraz Joanny Lewickiej.
środa, 8 maja 2013
Miś z Krupówek
Od niedzieli wiem, jak czuje się miś z Krupówek. W roli misia — ja. I powiem szczerze, że całkiem mi odpowiadała taka rola. A jak zostałam misiem?
Otóż nasza grupa "Chabry i Maki" wzięła udział w wydarzeniu/koncercie promującym odbywający się w czerwcu festiwal folklorystyczny (relacja i zdjęcia z naszego występu znajdują się TU). Na miejscu imprezy, w parku Ibirapuera, pojawiliśmy się od razu w naszych przepięknych krakowskich strojach, anonsując nasze przybycie już po drodze, samochodową próbą repertuaru.
Mimo że kiedy przyjechaliśmy, prezentacje już trwały, to nie wszyscy odwiedzający tego dnia park byli zorientowani w sytuacji, i kiedy szłam przywitać się z moją nauczycielką czeskiego, która występuje z zespołem reprezentującym Unię Czesko-Brazylijską, wzbudziłam niewielką sensację swoim przyodziewkiem.
Otóż nasza grupa "Chabry i Maki" wzięła udział w wydarzeniu/koncercie promującym odbywający się w czerwcu festiwal folklorystyczny (relacja i zdjęcia z naszego występu znajdują się TU). Na miejscu imprezy, w parku Ibirapuera, pojawiliśmy się od razu w naszych przepięknych krakowskich strojach, anonsując nasze przybycie już po drodze, samochodową próbą repertuaru.
Mimo że kiedy przyjechaliśmy, prezentacje już trwały, to nie wszyscy odwiedzający tego dnia park byli zorientowani w sytuacji, i kiedy szłam przywitać się z moją nauczycielką czeskiego, która występuje z zespołem reprezentującym Unię Czesko-Brazylijską, wzbudziłam niewielką sensację swoim przyodziewkiem.
Imyra i Klára
Później, kiedy oczekiwaliśmy na nasz występ, co chwilę podchodziły do nas osoby, które chciały się z nami sfotografować. Było to całkiem przyjemne, pozować do zdjęć reprezentując Polskę! Nawet "bratni naród" ustawił się z nami do pamiątkowej fotografii:
I choć "wielka sława to żart", liczę, że 9 czerwca nie przyniesiemy wstydu ani sobie, ani Polsce. A jeśli przyjdzie nam znów "robić za misia", to będziemy to robić z uśmiechem na ustach, bo w słusznej sprawie:) POLSKAAA BIAŁO-CZEEERWONIII!!!
P.S. Nawet parkowa zabudowa miała w sobie coś polskiego…
Subskrybuj:
Posty (Atom)
O mnie
Z urodzenia olsztynianka, z zamieszkania paulistana. Zapraszam do odwiedzania mojego blogu, na którym podzielę się swoimi wrażeniami i spostrzeżeniami z życia w Brazylii.

Moje galerie fotografii
Warto zajrzeć
Może warto zajrzeć?
Archiwum bloga
-
►
2013
(14)
- ► października (2)
-
►
2012
(23)
- ► października (4)
.jpg)













