Od niedzieli chodzę mocno podekscytowana. Ciągle sprawdzam na Facebooku nowe posty, bo a nuż pojawi się w sieci nowe zdjęcie lub wideo z występu "Chabrów i Maków" podczas największego paulistańskiego święta narodów Festa do Imigrante. Miesiące treningów i mniej ważnych występów miały nas przygotować do tego wydarzenia. Ale czy w ostatnią sobotę czuliśmy się przygotowani? Czy wierzyliśmy w sukces?
A jednak. Nasz wspólny z polskim chórem koncert — bo koncertowo, z uśmiechem na twarzach, swobodnie, bezbłędnie, śpiewaliśmy i tańczyliśmy — okazał się sukcesem. Zebraliśmy gratulacje nie tylko od rodzin, przyjaciół i paulistańskich Polaków, ale także od publiczności, organizatorów i uczestników festiwalu. Już nie czułam się jak Krupówkowy miś, ale jak prawdziwa artystka, krzewiąca kulturę polską. A co! Właśnie tak doniośle się czułam.
Niedzielne wydarzenia chyba mocno podniosły morale w grupie, bo wraz z naszą "kerowniczką" Michaliną mamy już nowe wspaniałe plany. Do tego nasza czeska przyjaciółka zaproponowała nam przygotowanie wspólnej prezentacji kultury pogranicza. No i po wakacjach czekają na nas nowe zaproszenia. Sporo więc przed nami pracy, ale ja już nie mogę się doczekać sierpnia, kiedy to powrócimy do prób, pełni entuzjazmu i nowych sił.
środa, 12 czerwca 2013
Nie taka znów beata…
Często się zdarza, że imiona obcokrajowców brzmią nam dziwnie lub śmiesznie i wtedy fajnie robi się z nich żarty (albo z ich właścicieli). Angielska Pipa lub brazylijski Rui ("r" na początku wyrazu wymawia się w tutejszym portugalskim jak "h") dostarczają sporo — prymitywnej, bo prymitywnej — ale jednak uciechy. Wyobraźcie sobie sytuację, w której przedstawiacie w towarzystwie swojego męża/narzeczonego/chłopaka/kolegę* (*niepotrzebne skreślić): To jest Rui.
No ale na przykład taka Beata. Piękne, pochodzące z łaciny imię, znaczące tyle, co "błogosławiona". W najczarniejszych nawet myślach nie spodziewałam się, że i ja stanę się obiektem, no w najlepszym razie zdziwienia.
Gdy przedstawiam się komuś po raz pierwszy, zazwyczaj przynajmniej raz muszę powtórzyć, jak mam na imię. I wcale nie dlatego, że moje imię brzmi szczególnie egzotycznie. Wręcz przeciwnie. Brzmi tak znajomo, że ludzie nie dowierzają własnemu słuchowi.
Kilka miesięcy temu, krótko po przyjeździe, gdy odbierałam od kuriera przesyłkę ze sklepu, przydarzyła mi się taka oto rozmowa:
Kurier: Poproszę pani imię.
Ja: Beata.
Kurier (z wielką konsternacją): To może poda mi pani numer dowodu…
Ja: Nie pamiętam w tej chwili.
Kurier (znów próbując desperacko): Hmmm… To może numer telefonu?
Ja: Też nie pamiętam.
Kurier (w odruchu rozpaczy podając mi pokwitowanie): To proszę tu podpisać!
Ja: (podpisuję kwit).
Kurier wnosi paczkę, odbiera ode mnie papier, przypatruje mu się chwilę, po czym pyta: To naprawdę ma pani na imię Beata?
Skąd takie wielkie zdziwienie większości moich rozmówców? Otóż w Brazylii "beata" oznacza ni mniej, ni więcej, tylko dewotkę. Nie raz już słyszałam: "To twoja rodzina musi być bardzo religijna". No cóż, cieszę się chociaż, że wyemigrowałam do Brazylii, bo w Portugalii to miałabym już naprawdę przechlapane…
No ale na przykład taka Beata. Piękne, pochodzące z łaciny imię, znaczące tyle, co "błogosławiona". W najczarniejszych nawet myślach nie spodziewałam się, że i ja stanę się obiektem, no w najlepszym razie zdziwienia.
Gdy przedstawiam się komuś po raz pierwszy, zazwyczaj przynajmniej raz muszę powtórzyć, jak mam na imię. I wcale nie dlatego, że moje imię brzmi szczególnie egzotycznie. Wręcz przeciwnie. Brzmi tak znajomo, że ludzie nie dowierzają własnemu słuchowi.
Kilka miesięcy temu, krótko po przyjeździe, gdy odbierałam od kuriera przesyłkę ze sklepu, przydarzyła mi się taka oto rozmowa:
Kurier: Poproszę pani imię.
Ja: Beata.
Kurier (z wielką konsternacją): To może poda mi pani numer dowodu…
Ja: Nie pamiętam w tej chwili.
Kurier (znów próbując desperacko): Hmmm… To może numer telefonu?
Ja: Też nie pamiętam.
Kurier (w odruchu rozpaczy podając mi pokwitowanie): To proszę tu podpisać!
Ja: (podpisuję kwit).
Kurier wnosi paczkę, odbiera ode mnie papier, przypatruje mu się chwilę, po czym pyta: To naprawdę ma pani na imię Beata?
Skąd takie wielkie zdziwienie większości moich rozmówców? Otóż w Brazylii "beata" oznacza ni mniej, ni więcej, tylko dewotkę. Nie raz już słyszałam: "To twoja rodzina musi być bardzo religijna". No cóż, cieszę się chociaż, że wyemigrowałam do Brazylii, bo w Portugalii to miałabym już naprawdę przechlapane…
Portugalska beata
wtorek, 11 czerwca 2013
Maryna gotuj pierogi!
Kolejny weekend również przyniósł moc wrażeń, tym razem kulinarnych. Postanowiłyśmy obalić mit, że gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść, i zebrałyśmy się nawet nieco większą polsko-brazylijską grupą na gotowanie pierogów. Było wesoło i smacznie!
W roli Maryny wystąpiły: Michalina, Ewa, Aneta, Zosia, Greta, Joasia, Rosane i ja. W roli mężów Maryny — bo w końcu nie dla siebie gotowała, nie? — mężowie kilku wyżej wymienionych.
W roli Maryny wystąpiły: Michalina, Ewa, Aneta, Zosia, Greta, Joasia, Rosane i ja. W roli mężów Maryny — bo w końcu nie dla siebie gotowała, nie? — mężowie kilku wyżej wymienionych.

Zdjęcia z albumu własnego oraz: Michaliny i Joanny.
DAGADANA w Brazylii
Nie lada niespodziankę przygotowali dla Polonii organizatorzy tegorocznego festiwalu Virada Paulista. W niedzielę, 19 maja, na scenie w samym sercu historycznej części miasta, wystąpił Wielkopolski zespół DAGADANA, grający polski i ukraiński folk w nowoczesnych, eletroniczno-transowych aranżacjach oraz utwory własne. Nazwa grupy pochodzi od imion założycielek, Dagi Gregorowicz i Dany Vynnytskiej. Skład uzupełnia Mikołaj Pospieszalski, do Brazylii przyleciał też dbający o piękne brzmienie zespołu Jacek Jaroszewski. Na koncercie pojawiła się liczna reprezentacja Polaków, ale oryginalny repertuar przypadł do gustu wielu Brazylijczykom, którzy po występie chętnie kupowali płytę zespołu Dlaczego nie oraz wyrazili wiele słów uznania.
Moje spotkanie z DAGADANĄ zaczęło się jednak kilka dni wcześniej od wiadomości na Facebooku skierowanej do Polaków w São Paulo z prośbą o pokazanie grupie miasta. Tym sposobem przesympatyczni członkowie zespołu pojawili się na sobotniej próbie "Chabrów i Maków", po czym wspólnie z tubylcami — Michaliną, Grześkiem i Carlosem — udaliśmy się na bazar Benedito Calixto (dziewczyny, czekam na recenzję butów!) oraz do parku Ibirapuera. Dzięki Michalinie i jej wspaniałemu mechanicznemu rumakowi odbyliśmy przejażdżkę przez pół miasta i spędziliśmy pełen wrażeń i dobrej zabawy dzień.
Kiedy w niedzielę pojawiliśmy się polską ferajną na koncercie, przywitaliśmy się jak dobrzy znajomi, było to niesamowite przeżycie. W ogóle tylu Polaków (choć lepiej by powiedzieć: Polek, bo to dziewczyny pojawiły się ze swoimi brazylijskimi mężami) w jednym miejscu, jeszcze tu nie widziałam, choć nie musiałam czekać długo na kolejne takie spotkanie, o czym już za chwilę w następnym poście.
Moje spotkanie z DAGADANĄ zaczęło się jednak kilka dni wcześniej od wiadomości na Facebooku skierowanej do Polaków w São Paulo z prośbą o pokazanie grupie miasta. Tym sposobem przesympatyczni członkowie zespołu pojawili się na sobotniej próbie "Chabrów i Maków", po czym wspólnie z tubylcami — Michaliną, Grześkiem i Carlosem — udaliśmy się na bazar Benedito Calixto (dziewczyny, czekam na recenzję butów!) oraz do parku Ibirapuera. Dzięki Michalinie i jej wspaniałemu mechanicznemu rumakowi odbyliśmy przejażdżkę przez pół miasta i spędziliśmy pełen wrażeń i dobrej zabawy dzień.
Kiedy w niedzielę pojawiliśmy się polską ferajną na koncercie, przywitaliśmy się jak dobrzy znajomi, było to niesamowite przeżycie. W ogóle tylu Polaków (choć lepiej by powiedzieć: Polek, bo to dziewczyny pojawiły się ze swoimi brazylijskimi mężami) w jednym miejscu, jeszcze tu nie widziałam, choć nie musiałam czekać długo na kolejne takie spotkanie, o czym już za chwilę w następnym poście.
Próba
Na bazarze
Park Ibirapuera
Na koncercie
Zdjęcia z albumu własnego oraz: DAGADANY, Michaliny Staniczek Andrade oraz Joanny Lewickiej.
środa, 8 maja 2013
Miś z Krupówek
Od niedzieli wiem, jak czuje się miś z Krupówek. W roli misia — ja. I powiem szczerze, że całkiem mi odpowiadała taka rola. A jak zostałam misiem?
Otóż nasza grupa "Chabry i Maki" wzięła udział w wydarzeniu/koncercie promującym odbywający się w czerwcu festiwal folklorystyczny (relacja i zdjęcia z naszego występu znajdują się TU). Na miejscu imprezy, w parku Ibirapuera, pojawiliśmy się od razu w naszych przepięknych krakowskich strojach, anonsując nasze przybycie już po drodze, samochodową próbą repertuaru.
Mimo że kiedy przyjechaliśmy, prezentacje już trwały, to nie wszyscy odwiedzający tego dnia park byli zorientowani w sytuacji, i kiedy szłam przywitać się z moją nauczycielką czeskiego, która występuje z zespołem reprezentującym Unię Czesko-Brazylijską, wzbudziłam niewielką sensację swoim przyodziewkiem.
Otóż nasza grupa "Chabry i Maki" wzięła udział w wydarzeniu/koncercie promującym odbywający się w czerwcu festiwal folklorystyczny (relacja i zdjęcia z naszego występu znajdują się TU). Na miejscu imprezy, w parku Ibirapuera, pojawiliśmy się od razu w naszych przepięknych krakowskich strojach, anonsując nasze przybycie już po drodze, samochodową próbą repertuaru.
Mimo że kiedy przyjechaliśmy, prezentacje już trwały, to nie wszyscy odwiedzający tego dnia park byli zorientowani w sytuacji, i kiedy szłam przywitać się z moją nauczycielką czeskiego, która występuje z zespołem reprezentującym Unię Czesko-Brazylijską, wzbudziłam niewielką sensację swoim przyodziewkiem.
Imyra i Klára
Później, kiedy oczekiwaliśmy na nasz występ, co chwilę podchodziły do nas osoby, które chciały się z nami sfotografować. Było to całkiem przyjemne, pozować do zdjęć reprezentując Polskę! Nawet "bratni naród" ustawił się z nami do pamiątkowej fotografii:
I choć "wielka sława to żart", liczę, że 9 czerwca nie przyniesiemy wstydu ani sobie, ani Polsce. A jeśli przyjdzie nam znów "robić za misia", to będziemy to robić z uśmiechem na ustach, bo w słusznej sprawie:) POLSKAAA BIAŁO-CZEEERWONIII!!!
P.S. Nawet parkowa zabudowa miała w sobie coś polskiego…
środa, 17 kwietnia 2013
Miłość do dwóch pomarańczy
Moje ostatnie odkrycie nie jest niczym nowym ani przełomowym. Jest jednym z najczęściej powtarzanych zaleceń dietetycznych." Pijcie świeże soki!". Zna to chyba każdy. Ale w Polsce to zdanie zawsze wywoływało mój sprzeciw. Bo owoce drogie, bo ileż tego soku da się wycisnąć! Kto choć raz wyciskał (ręcznie!) sok z pomarańczy, ten wie, że z jednego owocu zostaje odrobina soku na dnie szklanki. Impreza kosztowna, a zatem nieopłacalna, nawet jeśli wliczyć w to koszty zdrowotne.
Jednak Brazylia owocem stoi! Te świeże, pachnące słońcem manga, marakuje i inne cuda, których nazw nie sposób spamiętać! Te aromatyczne soki (choć nie bez dodatku cukru) pijane w barach i restauracjach! No i koktajle przygotowywane w domu za pomocą blendera.
Ostatnio naszła mnie ochota na spróbowanie czegoś innego. Soku. Prawdziwego. Bez cukru. Bez konserwantów. Prosto z Natury. Takiego z reklamy, tylko istniejącego naprawdę. Przeziębienie, którego się nabawiłam w wyniku zmian pogodowych (nadchodzi jesień!), i idące za tym zapotrzebowanie na witaminę C, skłoniły mnie do małego eksperymentu. Postanowiłam sprawdzić, ile pomarańczy mieści się w pomarańczy.
Tutejsze pomarańcze, dla niepoznaki zwane gruszkami (laranja-pera), są koloru zielonego z wierzchu, dlatego podchodziłam do nich z początku nieufnie. Zachęciła mnie ich cena: 99 centów za kilogram. W smaku słodkie, przyjemnie soczyste. I cóż się okazało? Że dwie gruszkowe pomarańcze w zupełności wystarczą do zapełnienia sokiem szklanki! A ile przyjemności z delektowania się takim nektarem. Wrażenia — bezcenne!
Tak… Są takie chwile, kiedy kocham Brazylię całym sercem:)
Jednak Brazylia owocem stoi! Te świeże, pachnące słońcem manga, marakuje i inne cuda, których nazw nie sposób spamiętać! Te aromatyczne soki (choć nie bez dodatku cukru) pijane w barach i restauracjach! No i koktajle przygotowywane w domu za pomocą blendera.
Ostatnio naszła mnie ochota na spróbowanie czegoś innego. Soku. Prawdziwego. Bez cukru. Bez konserwantów. Prosto z Natury. Takiego z reklamy, tylko istniejącego naprawdę. Przeziębienie, którego się nabawiłam w wyniku zmian pogodowych (nadchodzi jesień!), i idące za tym zapotrzebowanie na witaminę C, skłoniły mnie do małego eksperymentu. Postanowiłam sprawdzić, ile pomarańczy mieści się w pomarańczy.
Tutejsze pomarańcze, dla niepoznaki zwane gruszkami (laranja-pera), są koloru zielonego z wierzchu, dlatego podchodziłam do nich z początku nieufnie. Zachęciła mnie ich cena: 99 centów za kilogram. W smaku słodkie, przyjemnie soczyste. I cóż się okazało? Że dwie gruszkowe pomarańcze w zupełności wystarczą do zapełnienia sokiem szklanki! A ile przyjemności z delektowania się takim nektarem. Wrażenia — bezcenne!
Tak… Są takie chwile, kiedy kocham Brazylię całym sercem:)
poniedziałek, 14 stycznia 2013
Sesja zdjęciowa
Dziś kilka zdjęć z sesji, która odbyła się wczoraj wieczorem na naszym podwórku. Moje zamiłowanie do gekonów jest tak duże, że za każdym razem kiedy pojawiają się u nas, łapię za aparat.
A jako bonus fotka naszego poprzedniego gościa, która przez przypadek wyszła całkiem artystycznie :)
piątek, 11 stycznia 2013
Vai SESI!
Brazylia może sobie i mieć najlepszą siatkarską reprezentację świata, ale rozgrywki klubowe Superligi wieją nudą. Z boiska i z trybun. Co prawda trudno osądzać całą ligę na podstawie jednego meczu, ale obawiam się, że jutrzejszy mecz, na który też się wybieram, tylko potwierdzi moje wczorajsze spostrzeżenia.
Ale od początku. Jako wieloletni zagorzały kibic siatkarski nie wyobrażałam sobie porzucenia przyjemności śledzenia sportowych zmagań w tej dyscyplinie. Mecze mojego olsztyńskiego AZS-u oglądam w internecie, ale odkąd dowiedziałam się, że w paulistańskiej drużynie SESI gra aż trzech reprezentantów kraju i w dodatku jednym z nich jest mój ulubieniec Murilo, nie mogłam sobie odmówić udziału w rozgrywkach na żywo.
Jednak to, co zobaczyłam, zdecydowanie odbiegało od polskich standardów, do których jestem przyzwyczajona. Po pierwsze hala. Miejsc podobno zaledwie 800, usytuowanych na schodach lub "ogródkowych" plastikowych krzesełkach. Jedyne siedzenia z prawdziwego zdarzenia opatrzone zostały naklejką "SESI-SP" i przeznaczone są dla zawodników.
Po drugie — publiczność. Ludzi uzbierało się całkiem sporo, niektórzy przyszli w klubowych koszulkach, co jakiś czas wyrywały się nieśmiałe okrzyki "Vai SESI!", ale o kibicowaniu jako takim nie było mowy. Oklaskiwano udane akcje, ale miałam wrażenie, że większość przyszła tam z powodu bułek z parówką, którymi uraczyło się chyba 3/4 sali.
Zresztą sama gra siatkarzy przypominała mi raczej zawody polskiej drugiej ligi, które jako nastolatka obserwowałam bardziej z powodu młodych, przystojnych graczy. Mało tu było czystej gry, większość punktów zdobywana po błędach przeciwników. Brakowało tempa i spektakularnych akcji, znanych nie tylko z reprezentacyjnych popisów Brazylijczyków, ale nawet z naszego ligowego podwórka. Nie tego się spodziewałam, mimo iż wiem, że w Brazylii klubowa siatkówka stoi daleeeeeko za futbolem. A na dodatek mój ulubieniec Murilo akurat w tej kolejce pauzował.
No cóż, w myśl przysłowia "Nie oceniaj książki po okładce", jutro udam się na kolejny mecz, żeby przeczytać choć pierwszą stronę sagi pod tytułem "Superliga". Kto wie, może kolejny rozdział będzie ciekawszy?
Ale od początku. Jako wieloletni zagorzały kibic siatkarski nie wyobrażałam sobie porzucenia przyjemności śledzenia sportowych zmagań w tej dyscyplinie. Mecze mojego olsztyńskiego AZS-u oglądam w internecie, ale odkąd dowiedziałam się, że w paulistańskiej drużynie SESI gra aż trzech reprezentantów kraju i w dodatku jednym z nich jest mój ulubieniec Murilo, nie mogłam sobie odmówić udziału w rozgrywkach na żywo.
Sidão
Jednak to, co zobaczyłam, zdecydowanie odbiegało od polskich standardów, do których jestem przyzwyczajona. Po pierwsze hala. Miejsc podobno zaledwie 800, usytuowanych na schodach lub "ogródkowych" plastikowych krzesełkach. Jedyne siedzenia z prawdziwego zdarzenia opatrzone zostały naklejką "SESI-SP" i przeznaczone są dla zawodników.
Po drugie — publiczność. Ludzi uzbierało się całkiem sporo, niektórzy przyszli w klubowych koszulkach, co jakiś czas wyrywały się nieśmiałe okrzyki "Vai SESI!", ale o kibicowaniu jako takim nie było mowy. Oklaskiwano udane akcje, ale miałam wrażenie, że większość przyszła tam z powodu bułek z parówką, którymi uraczyło się chyba 3/4 sali.
Zresztą sama gra siatkarzy przypominała mi raczej zawody polskiej drugiej ligi, które jako nastolatka obserwowałam bardziej z powodu młodych, przystojnych graczy. Mało tu było czystej gry, większość punktów zdobywana po błędach przeciwników. Brakowało tempa i spektakularnych akcji, znanych nie tylko z reprezentacyjnych popisów Brazylijczyków, ale nawet z naszego ligowego podwórka. Nie tego się spodziewałam, mimo iż wiem, że w Brazylii klubowa siatkówka stoi daleeeeeko za futbolem. A na dodatek mój ulubieniec Murilo akurat w tej kolejce pauzował.
Murilo
No cóż, w myśl przysłowia "Nie oceniaj książki po okładce", jutro udam się na kolejny mecz, żeby przeczytać choć pierwszą stronę sagi pod tytułem "Superliga". Kto wie, może kolejny rozdział będzie ciekawszy?
czwartek, 27 grudnia 2012
Hej, kolęda, kolęda!
W świąteczny wtorek udaliśmy się z mężem do polskiego kościoła w charakterze dwóch trzecich Trzech Króli. Trzeci król przybył z bardzo daleka, bo aż z Polski, zatem tradycji stało się zadość. Okazją do przebieranek było wspólne kolędowanie. Tym sposobem przybliżyliśmy paulistańskiej Polonii bożonarodzeniowe zwyczaje.
Więcej zdjęć z tego doniosłego wydarzenia znajduje się TU.
Pierwsza Gwiazdka
Tegoroczne święta były pierwszymi, które spędziłam na obczyźnie, z dala od rodzinnego domu. W ogóle było to pierwsze Boże Narodzenie, które obchodziłam gdziekolwiek poza domem. Miałam jednak szczęście wchodząc w rodzinę, która celebruje świąteczny czas i dla której oznacza on coś więcej niż tylko dni wolne od pracy.
Kilka tygodni wcześniej, tuż przed 6 grudnia (do szóstego nie wytrzymałam), udekorowałam nasze mieszkanie własnoręcznie wykonanymi dekoracjami. Niezmiernie mnie cieszyło ich przygotowanie, a nawet kupowanie chińskich półproduktów, czyli wieńców, plastikowych bombek i łańcuchów. Powoli udzielała mi się bożonarodzeniowa atmosfera.
Kolejne tygodnie spędziłam, jak pisałam już wcześniej, w pracy. Moje rękodzieło spotkało się z ogromnym zainteresowaniem, a ostatnie zamówienia kończyłam jeszcze w piątek rano. Potem zabrałam się za bardzo gruntowne świąteczne sprzątanie. Tak robią polskie panie domu, czyż nie?
Coraz bardziej nakręcona, ułożyłam też swoją część wigilijnego menu, które z dnia na dzień coraz bardziej się rozrastało i z jednych jedynych obiecanych pierogów zrobiły się dwa rodzaje pierogów (nie zabrakło tych z kapustą i grzybami, błogosławiona niech będzie kolonia niemiecka w Brazylii i jej Sauerkraut), ryba w zalewie (w tej roli smażone sardynki), chłodnik (czyli tradycyjny barszcz w wersji na tropiki) oraz moje ulubione ciasto marchewkowe a la piernik. Z pomocą męża przygotowania zakończyliśmy w poniedziałkowy poranek, co dawało nam cały dzień leniuchowania po dobrze wykonanej pracy.
Niestety, około godziny 20, kiedy okazało się, że wieczerza z powodów organizacyjnych została przesunięta na 22.00, powoli opuszczał mnie dobry humor (wiadomo, Polak godny to zły, a tu jeszcze takie smakołyki w lodówce…). Ostatecznie jednak domowników i gości apetyt na moje specjały wynagrodził mi wszelkie smutki, a każda kolejna dokładka przywracała uroczysty nastrój i ostatecznie uznałam tę Wigilię za bardzo udaną i całkiem tradycyjnie polską. Nie zabrakło wszakże i opłatka, i dodatkowego nakrycia, nie tyle dla strudzonego wędrowca, co wzorem naszych słowiańskich przodków dla tych, którzy nie mogli z nami zasiąść przy stole.
Brazylia (polską) tradycją stoi! A co!
Kilka tygodni wcześniej, tuż przed 6 grudnia (do szóstego nie wytrzymałam), udekorowałam nasze mieszkanie własnoręcznie wykonanymi dekoracjami. Niezmiernie mnie cieszyło ich przygotowanie, a nawet kupowanie chińskich półproduktów, czyli wieńców, plastikowych bombek i łańcuchów. Powoli udzielała mi się bożonarodzeniowa atmosfera.
Kolejne tygodnie spędziłam, jak pisałam już wcześniej, w pracy. Moje rękodzieło spotkało się z ogromnym zainteresowaniem, a ostatnie zamówienia kończyłam jeszcze w piątek rano. Potem zabrałam się za bardzo gruntowne świąteczne sprzątanie. Tak robią polskie panie domu, czyż nie?
Coraz bardziej nakręcona, ułożyłam też swoją część wigilijnego menu, które z dnia na dzień coraz bardziej się rozrastało i z jednych jedynych obiecanych pierogów zrobiły się dwa rodzaje pierogów (nie zabrakło tych z kapustą i grzybami, błogosławiona niech będzie kolonia niemiecka w Brazylii i jej Sauerkraut), ryba w zalewie (w tej roli smażone sardynki), chłodnik (czyli tradycyjny barszcz w wersji na tropiki) oraz moje ulubione ciasto marchewkowe a la piernik. Z pomocą męża przygotowania zakończyliśmy w poniedziałkowy poranek, co dawało nam cały dzień leniuchowania po dobrze wykonanej pracy.
Niestety, około godziny 20, kiedy okazało się, że wieczerza z powodów organizacyjnych została przesunięta na 22.00, powoli opuszczał mnie dobry humor (wiadomo, Polak godny to zły, a tu jeszcze takie smakołyki w lodówce…). Ostatecznie jednak domowników i gości apetyt na moje specjały wynagrodził mi wszelkie smutki, a każda kolejna dokładka przywracała uroczysty nastrój i ostatecznie uznałam tę Wigilię za bardzo udaną i całkiem tradycyjnie polską. Nie zabrakło wszakże i opłatka, i dodatkowego nakrycia, nie tyle dla strudzonego wędrowca, co wzorem naszych słowiańskich przodków dla tych, którzy nie mogli z nami zasiąść przy stole.
Brazylia (polską) tradycją stoi! A co!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
O mnie
Z urodzenia olsztynianka, z zamieszkania paulistana. Zapraszam do odwiedzania mojego blogu, na którym podzielę się swoimi wrażeniami i spostrzeżeniami z życia w Brazylii.
Moje galerie fotografii
Warto zajrzeć
Może warto zajrzeć?
Archiwum bloga
-
►
2013
(14)
- ► października (2)
-
►
2012
(23)
- ► października (4)














