A jako bonus fotka naszego poprzedniego gościa, która przez przypadek wyszła całkiem artystycznie :)
poniedziałek, 14 stycznia 2013
Sesja zdjęciowa
Dziś kilka zdjęć z sesji, która odbyła się wczoraj wieczorem na naszym podwórku. Moje zamiłowanie do gekonów jest tak duże, że za każdym razem kiedy pojawiają się u nas, łapię za aparat.
piątek, 11 stycznia 2013
Vai SESI!
Brazylia może sobie i mieć najlepszą siatkarską reprezentację świata, ale rozgrywki klubowe Superligi wieją nudą. Z boiska i z trybun. Co prawda trudno osądzać całą ligę na podstawie jednego meczu, ale obawiam się, że jutrzejszy mecz, na który też się wybieram, tylko potwierdzi moje wczorajsze spostrzeżenia.
Ale od początku. Jako wieloletni zagorzały kibic siatkarski nie wyobrażałam sobie porzucenia przyjemności śledzenia sportowych zmagań w tej dyscyplinie. Mecze mojego olsztyńskiego AZS-u oglądam w internecie, ale odkąd dowiedziałam się, że w paulistańskiej drużynie SESI gra aż trzech reprezentantów kraju i w dodatku jednym z nich jest mój ulubieniec Murilo, nie mogłam sobie odmówić udziału w rozgrywkach na żywo.
Jednak to, co zobaczyłam, zdecydowanie odbiegało od polskich standardów, do których jestem przyzwyczajona. Po pierwsze hala. Miejsc podobno zaledwie 800, usytuowanych na schodach lub "ogródkowych" plastikowych krzesełkach. Jedyne siedzenia z prawdziwego zdarzenia opatrzone zostały naklejką "SESI-SP" i przeznaczone są dla zawodników.
Po drugie — publiczność. Ludzi uzbierało się całkiem sporo, niektórzy przyszli w klubowych koszulkach, co jakiś czas wyrywały się nieśmiałe okrzyki "Vai SESI!", ale o kibicowaniu jako takim nie było mowy. Oklaskiwano udane akcje, ale miałam wrażenie, że większość przyszła tam z powodu bułek z parówką, którymi uraczyło się chyba 3/4 sali.
Zresztą sama gra siatkarzy przypominała mi raczej zawody polskiej drugiej ligi, które jako nastolatka obserwowałam bardziej z powodu młodych, przystojnych graczy. Mało tu było czystej gry, większość punktów zdobywana po błędach przeciwników. Brakowało tempa i spektakularnych akcji, znanych nie tylko z reprezentacyjnych popisów Brazylijczyków, ale nawet z naszego ligowego podwórka. Nie tego się spodziewałam, mimo iż wiem, że w Brazylii klubowa siatkówka stoi daleeeeeko za futbolem. A na dodatek mój ulubieniec Murilo akurat w tej kolejce pauzował.
No cóż, w myśl przysłowia "Nie oceniaj książki po okładce", jutro udam się na kolejny mecz, żeby przeczytać choć pierwszą stronę sagi pod tytułem "Superliga". Kto wie, może kolejny rozdział będzie ciekawszy?
Ale od początku. Jako wieloletni zagorzały kibic siatkarski nie wyobrażałam sobie porzucenia przyjemności śledzenia sportowych zmagań w tej dyscyplinie. Mecze mojego olsztyńskiego AZS-u oglądam w internecie, ale odkąd dowiedziałam się, że w paulistańskiej drużynie SESI gra aż trzech reprezentantów kraju i w dodatku jednym z nich jest mój ulubieniec Murilo, nie mogłam sobie odmówić udziału w rozgrywkach na żywo.
Sidão
Jednak to, co zobaczyłam, zdecydowanie odbiegało od polskich standardów, do których jestem przyzwyczajona. Po pierwsze hala. Miejsc podobno zaledwie 800, usytuowanych na schodach lub "ogródkowych" plastikowych krzesełkach. Jedyne siedzenia z prawdziwego zdarzenia opatrzone zostały naklejką "SESI-SP" i przeznaczone są dla zawodników.
Po drugie — publiczność. Ludzi uzbierało się całkiem sporo, niektórzy przyszli w klubowych koszulkach, co jakiś czas wyrywały się nieśmiałe okrzyki "Vai SESI!", ale o kibicowaniu jako takim nie było mowy. Oklaskiwano udane akcje, ale miałam wrażenie, że większość przyszła tam z powodu bułek z parówką, którymi uraczyło się chyba 3/4 sali.
Zresztą sama gra siatkarzy przypominała mi raczej zawody polskiej drugiej ligi, które jako nastolatka obserwowałam bardziej z powodu młodych, przystojnych graczy. Mało tu było czystej gry, większość punktów zdobywana po błędach przeciwników. Brakowało tempa i spektakularnych akcji, znanych nie tylko z reprezentacyjnych popisów Brazylijczyków, ale nawet z naszego ligowego podwórka. Nie tego się spodziewałam, mimo iż wiem, że w Brazylii klubowa siatkówka stoi daleeeeeko za futbolem. A na dodatek mój ulubieniec Murilo akurat w tej kolejce pauzował.
Murilo
No cóż, w myśl przysłowia "Nie oceniaj książki po okładce", jutro udam się na kolejny mecz, żeby przeczytać choć pierwszą stronę sagi pod tytułem "Superliga". Kto wie, może kolejny rozdział będzie ciekawszy?
czwartek, 27 grudnia 2012
Hej, kolęda, kolęda!
W świąteczny wtorek udaliśmy się z mężem do polskiego kościoła w charakterze dwóch trzecich Trzech Króli. Trzeci król przybył z bardzo daleka, bo aż z Polski, zatem tradycji stało się zadość. Okazją do przebieranek było wspólne kolędowanie. Tym sposobem przybliżyliśmy paulistańskiej Polonii bożonarodzeniowe zwyczaje.
Więcej zdjęć z tego doniosłego wydarzenia znajduje się TU.
Pierwsza Gwiazdka
Tegoroczne święta były pierwszymi, które spędziłam na obczyźnie, z dala od rodzinnego domu. W ogóle było to pierwsze Boże Narodzenie, które obchodziłam gdziekolwiek poza domem. Miałam jednak szczęście wchodząc w rodzinę, która celebruje świąteczny czas i dla której oznacza on coś więcej niż tylko dni wolne od pracy.
Kilka tygodni wcześniej, tuż przed 6 grudnia (do szóstego nie wytrzymałam), udekorowałam nasze mieszkanie własnoręcznie wykonanymi dekoracjami. Niezmiernie mnie cieszyło ich przygotowanie, a nawet kupowanie chińskich półproduktów, czyli wieńców, plastikowych bombek i łańcuchów. Powoli udzielała mi się bożonarodzeniowa atmosfera.
Kolejne tygodnie spędziłam, jak pisałam już wcześniej, w pracy. Moje rękodzieło spotkało się z ogromnym zainteresowaniem, a ostatnie zamówienia kończyłam jeszcze w piątek rano. Potem zabrałam się za bardzo gruntowne świąteczne sprzątanie. Tak robią polskie panie domu, czyż nie?
Coraz bardziej nakręcona, ułożyłam też swoją część wigilijnego menu, które z dnia na dzień coraz bardziej się rozrastało i z jednych jedynych obiecanych pierogów zrobiły się dwa rodzaje pierogów (nie zabrakło tych z kapustą i grzybami, błogosławiona niech będzie kolonia niemiecka w Brazylii i jej Sauerkraut), ryba w zalewie (w tej roli smażone sardynki), chłodnik (czyli tradycyjny barszcz w wersji na tropiki) oraz moje ulubione ciasto marchewkowe a la piernik. Z pomocą męża przygotowania zakończyliśmy w poniedziałkowy poranek, co dawało nam cały dzień leniuchowania po dobrze wykonanej pracy.
Niestety, około godziny 20, kiedy okazało się, że wieczerza z powodów organizacyjnych została przesunięta na 22.00, powoli opuszczał mnie dobry humor (wiadomo, Polak godny to zły, a tu jeszcze takie smakołyki w lodówce…). Ostatecznie jednak domowników i gości apetyt na moje specjały wynagrodził mi wszelkie smutki, a każda kolejna dokładka przywracała uroczysty nastrój i ostatecznie uznałam tę Wigilię za bardzo udaną i całkiem tradycyjnie polską. Nie zabrakło wszakże i opłatka, i dodatkowego nakrycia, nie tyle dla strudzonego wędrowca, co wzorem naszych słowiańskich przodków dla tych, którzy nie mogli z nami zasiąść przy stole.
Brazylia (polską) tradycją stoi! A co!
Kilka tygodni wcześniej, tuż przed 6 grudnia (do szóstego nie wytrzymałam), udekorowałam nasze mieszkanie własnoręcznie wykonanymi dekoracjami. Niezmiernie mnie cieszyło ich przygotowanie, a nawet kupowanie chińskich półproduktów, czyli wieńców, plastikowych bombek i łańcuchów. Powoli udzielała mi się bożonarodzeniowa atmosfera.
Kolejne tygodnie spędziłam, jak pisałam już wcześniej, w pracy. Moje rękodzieło spotkało się z ogromnym zainteresowaniem, a ostatnie zamówienia kończyłam jeszcze w piątek rano. Potem zabrałam się za bardzo gruntowne świąteczne sprzątanie. Tak robią polskie panie domu, czyż nie?
Coraz bardziej nakręcona, ułożyłam też swoją część wigilijnego menu, które z dnia na dzień coraz bardziej się rozrastało i z jednych jedynych obiecanych pierogów zrobiły się dwa rodzaje pierogów (nie zabrakło tych z kapustą i grzybami, błogosławiona niech będzie kolonia niemiecka w Brazylii i jej Sauerkraut), ryba w zalewie (w tej roli smażone sardynki), chłodnik (czyli tradycyjny barszcz w wersji na tropiki) oraz moje ulubione ciasto marchewkowe a la piernik. Z pomocą męża przygotowania zakończyliśmy w poniedziałkowy poranek, co dawało nam cały dzień leniuchowania po dobrze wykonanej pracy.
Niestety, około godziny 20, kiedy okazało się, że wieczerza z powodów organizacyjnych została przesunięta na 22.00, powoli opuszczał mnie dobry humor (wiadomo, Polak godny to zły, a tu jeszcze takie smakołyki w lodówce…). Ostatecznie jednak domowników i gości apetyt na moje specjały wynagrodził mi wszelkie smutki, a każda kolejna dokładka przywracała uroczysty nastrój i ostatecznie uznałam tę Wigilię za bardzo udaną i całkiem tradycyjnie polską. Nie zabrakło wszakże i opłatka, i dodatkowego nakrycia, nie tyle dla strudzonego wędrowca, co wzorem naszych słowiańskich przodków dla tych, którzy nie mogli z nami zasiąść przy stole.
Brazylia (polską) tradycją stoi! A co!
wtorek, 13 listopada 2012
Pão polonês
Nie tak dawno pisałam o tym, czego brakuje Polakom w Brazylii i jedną z takich rzeczy był chleb. Wiele osób do tego stopnia tęskni za swojskim smakiem, że zaczyna wypiekać własne bochenki. Dziś dołączyłam do tej grupy. Mój pierwszy chleb nie jest może specjalnie piękny, ani bogato doprawiony (moim celem jest razowiec ze słonecznikiem lub innymi ziarnami), za to żadne tam chleby francuskie, włoskie czy australijskie (takie nazwy noszą tutejsze wypieki) nie mogą się z nim równać domowym smakiem i pyszną, chrupiącą skórką:)
Dodam jeszcze, że ten tydzień zaczął się bardzo obiecująco, ponieważ wczoraj, znów dzięki przypadkowi, udało mi się kupić bilety na balet Dziadek do orzechów. Ucieszyłam tym także mojego męża, ostatnio zadeklarowanego rusofila. Co więcej w dniu, w którym obejrzymy przedstawienie, bilety są o połowę tańsze niż w inne dni, ponieważ dofinansowuje je urząd miejski. Dobry ze mnie kaowiec! :)
Dodam jeszcze, że ten tydzień zaczął się bardzo obiecująco, ponieważ wczoraj, znów dzięki przypadkowi, udało mi się kupić bilety na balet Dziadek do orzechów. Ucieszyłam tym także mojego męża, ostatnio zadeklarowanego rusofila. Co więcej w dniu, w którym obejrzymy przedstawienie, bilety są o połowę tańsze niż w inne dni, ponieważ dofinansowuje je urząd miejski. Dobry ze mnie kaowiec! :)
niedziela, 11 listopada 2012
Feira da Boskinha
Ponieważ dawno nie pisałam, to chciałam się tylko zameldować:) i wyjaśnić powód nieobecności. Po pierwsze: przeprowadzka, która się na szczęście zakończyła, po drugie: remont, który niestety ciągle trwa i końca nie widać, po trzecie: rozkręcam przedświąteczny biznes i mam sporo pracy, a mianowicie dekupażowanie i filcowanie (szydełkowanie dla przyjemności zostawiłam sobie na po świętach). Nie wiem, na ile interes wypali, na razie jest jakieś tam zainteresowanie, ale konkretne zakupy na razie poczynione jedynie w gronie rodzinnym. Niestety, Brazylia to kraj rękodzielników i mam dużą konkurencję na tym polu, choć akurat filcowanie na mokro nie jest tu szczególnie znane i popularne, więc może powinnam zapełnić tę niszę. Niemniej jednak ja działam, a to co wyprodukowałam, można zobaczyć na Facebooku.
Jeszcze się pochwalę, że dziś znów odwiedziłam paulistańską filharmonię i wysłuchałam wraz z mężem koncertu dzieł George'a Gershwina oraz Koncertu na klarnet Artiego Shawa. A później uczciłam Święto Niepodległości razem z tutejszą Polonią na tradycyjnym spotkaniu w polskiej kapelanii. Na szczęście wszędzie dziś zdążyłam, bo oba miejsca znajdują się niemal po sąsiedzku. Nie ma to jak dobra logistyka!
FUI!
Moja pierwsza ufilcowana torebka na telefon
Jeszcze się pochwalę, że dziś znów odwiedziłam paulistańską filharmonię i wysłuchałam wraz z mężem koncertu dzieł George'a Gershwina oraz Koncertu na klarnet Artiego Shawa. A później uczciłam Święto Niepodległości razem z tutejszą Polonią na tradycyjnym spotkaniu w polskiej kapelanii. Na szczęście wszędzie dziś zdążyłam, bo oba miejsca znajdują się niemal po sąsiedzku. Nie ma to jak dobra logistyka!
FUI!
czwartek, 18 października 2012
Chaotyczny post o kulturze
Bieżący tydzień spędzam pracowicie pucując i urządzając nasze nowe lokum, ale znalazłam chwilkę, żeby podzielić się wrażeniami minionego weekendu. Otóż spędziliśmy go z mężem bardzo kulturalnie. Pod względem oferty dla osób, które bez teatru czy koncertu nie mogą żyć, São Paulo coraz bardziej mnie zachwyca. I po raz kolejny przekonuję się, że nie potrzeba wielkich pieniędzy, żeby uczestniczyć w życiu kulturalnym. Wystarczą chęci i internet. Oraz od czasu do czasu dobre kontakty. Moim kontaktem okazał się mój uczeń, pan Ryszard, który podczas jednego z naszych spotkań powiedział mi o darmowych przedpołudniowych koncertach w Sala São Paulo. Jak to się mówi, zgadaliśmy się.
Ale po kolei. W sobotę zrobiliśmy sobie Dzień Dziecka, który w Brazylii obchodzony był w piątek. I wybraliśmy się na musical Tarzan. Disneyowski hit z muzyką Phila Collinsa został okrojony do jednej godziny (dla porównania, wersja gliwicka wystawiana w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu trwa 2 godziny 20 minut z przerwą), a aktorzy śpiewali z playbacku, ale historia chłopca wychowanego wśród małp tak nas wciągnęła, że wkrótce nie pamiętaliśmy o takich błahostkach. Przedstawienie było bowiem pełne humoru, a muzyka — choć z taśmy — naprawdę porywająca.
A po spektaklu czekała nas jeszcze mała niespodzianka:
Nie wiem, czy jest to tutejszy zwyczaj, że aktorzy po spektaklu wychodzą do publiczności, ale w zeszłym roku po musicalu Evita, upolowałam takie trofeum:
Wracając jednak do minionego weekendu, muszę powiedzieć, że całkowicie — wizualnie i słuchowo — zachwycił mnie niedzielny poranek. Sala koncertowa São Paulo mieści się w starej stacji kolejowej, w której dziś oprócz filharmonii mieści się też… nowa stacja kolei miejskiej. Aż trudno uwierzyć, że tak pięknie odnowiony budynek sąsiaduje ze złej sławy dzielnicą narkotykową, a wokół niego koczują bezdomni. Jednak wchodząc do środka można poczuć się jak w zupełnie innym świecie:
Pierwsza wizyta w tym przybytku dostarczyła mi także niezwykłych przeżyć duchowych (tak, tak, wiem, jak to górnolotnie brzmi, ale tak było), za sprawą Tańców Symfonicznych z West Side Story Leonarda Bernsteina, jednego z moich ukochanych musicali (już po raz trzeci je dziś wspominam, ale musicale to moja ogromna pasja). Jednak prawdziwym odkryciem był dla mnie utwór młodego (ur. 1970) kolumbijskiego kompozytora Victoriana Valencii Rincona, Suita nr 2. Tutaj pierwszy i drugi jego fragment:
Przyjemności obcowania ze sztuką nie zepsuły mi nawet obecne na widowni kilkuletnie dzieci oraz niektórzy siedzący "na chórze" (czyli za orkiestrą, a przodem do głównej widowni) dorośli. Wręcz przeciwnie, poczułam się wyjątkowo będąc jedną z nielicznych osób znających koncertowo-filharmoniczną etykietę (której zasady zostały nota bene wyjaśnione w skrócie w programie koncertu, ale ten trzeba było najpierw wziąć, a potem przeczytać…). Podsumowując, było to doświadczenie, które zamierzam wielokrotnie powtarzać w przyszłości.
Muszę jeszcze wspomnieć, jak zdobywałam bilety na to wydarzenie. Otóż po rozmowie z panem Ryszardem, na stronie Sali São Paulo, znalazłam informację o repertuarze oraz o tym, że bilety na dany koncert rozprowadzane są od poniedziałku poprzedzającego koncertową niedzielę. Pomna oblężenia MASP, udałam się zatem wcześnie rano "w kolejkę". Jakież było moje zdziwienie, kiedy dwadzieścia minut przed otwarciem kas byłam pierwsza przy okienku. No cóż, kultura nie musi być dla wszystkich. Kultura jest dla snobów:)
Ale po kolei. W sobotę zrobiliśmy sobie Dzień Dziecka, który w Brazylii obchodzony był w piątek. I wybraliśmy się na musical Tarzan. Disneyowski hit z muzyką Phila Collinsa został okrojony do jednej godziny (dla porównania, wersja gliwicka wystawiana w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu trwa 2 godziny 20 minut z przerwą), a aktorzy śpiewali z playbacku, ale historia chłopca wychowanego wśród małp tak nas wciągnęła, że wkrótce nie pamiętaliśmy o takich błahostkach. Przedstawienie było bowiem pełne humoru, a muzyka — choć z taśmy — naprawdę porywająca.
A po spektaklu czekała nas jeszcze mała niespodzianka:
Tarzan i Jane we własnej osobie.
Wracając jednak do minionego weekendu, muszę powiedzieć, że całkowicie — wizualnie i słuchowo — zachwycił mnie niedzielny poranek. Sala koncertowa São Paulo mieści się w starej stacji kolejowej, w której dziś oprócz filharmonii mieści się też… nowa stacja kolei miejskiej. Aż trudno uwierzyć, że tak pięknie odnowiony budynek sąsiaduje ze złej sławy dzielnicą narkotykową, a wokół niego koczują bezdomni. Jednak wchodząc do środka można poczuć się jak w zupełnie innym świecie:
Pierwsza wizyta w tym przybytku dostarczyła mi także niezwykłych przeżyć duchowych (tak, tak, wiem, jak to górnolotnie brzmi, ale tak było), za sprawą Tańców Symfonicznych z West Side Story Leonarda Bernsteina, jednego z moich ukochanych musicali (już po raz trzeci je dziś wspominam, ale musicale to moja ogromna pasja). Jednak prawdziwym odkryciem był dla mnie utwór młodego (ur. 1970) kolumbijskiego kompozytora Victoriana Valencii Rincona, Suita nr 2. Tutaj pierwszy i drugi jego fragment:
Przyjemności obcowania ze sztuką nie zepsuły mi nawet obecne na widowni kilkuletnie dzieci oraz niektórzy siedzący "na chórze" (czyli za orkiestrą, a przodem do głównej widowni) dorośli. Wręcz przeciwnie, poczułam się wyjątkowo będąc jedną z nielicznych osób znających koncertowo-filharmoniczną etykietę (której zasady zostały nota bene wyjaśnione w skrócie w programie koncertu, ale ten trzeba było najpierw wziąć, a potem przeczytać…). Podsumowując, było to doświadczenie, które zamierzam wielokrotnie powtarzać w przyszłości.
Muszę jeszcze wspomnieć, jak zdobywałam bilety na to wydarzenie. Otóż po rozmowie z panem Ryszardem, na stronie Sali São Paulo, znalazłam informację o repertuarze oraz o tym, że bilety na dany koncert rozprowadzane są od poniedziałku poprzedzającego koncertową niedzielę. Pomna oblężenia MASP, udałam się zatem wcześnie rano "w kolejkę". Jakież było moje zdziwienie, kiedy dwadzieścia minut przed otwarciem kas byłam pierwsza przy okienku. No cóż, kultura nie musi być dla wszystkich. Kultura jest dla snobów:)
Trochę historii:
Sala São Paulo mieści się w budynku dworca kolejowego Júlio Prestes. Pierwotna stacja powstała w 1872 roku, w celu transportu kawy z interioru do stolicy stanu. Stamtąd przewożona była do pobliskiej stacji Luz, a dalej do portu w Santos, bo tylko Luz miała połączenie kolejowe z portem. Obecny budynek stacji — który w zamyśle miał być większy i nowocześniejszy, aby zwiększyć handel kawą — powstał w 1938 roku: zbyt późno, aby odegrać swoją rolę. W tym czasie bowiem w miastach zaczęły już kursować autobusy, powstały międzystanowe drogi, a hegemonia Brazylii jako kawowego potentata upadła. Wkrótce potem dworzec został opuszczony i zapomniany. Do dawnej świetności powrócił dopiero w latach 90. XX wieku, kiedy to na prośbę dyrygenta Johna Neschlinga został odnowiony i przeznaczony na siedzibę Orkiestry Symfonicznej São Paulo.
Źródło: Wikipedia
wtorek, 9 października 2012
Postscriptum
Okazało się, że temat porozrzucanych wszędzie ulotek trafił nie tylko na Facebook w postaci zdjęć i komentarzy, ale także do telewizji. Komuś jednak zależy. Wczoraj rano śmieci leżały jeszcze na ulicach, ale odpowiednie służby zabrały się do ich uprzątnięcia. Dzięki temu hasło wyborów Voto Limpo ("głosuj czysto", czyli nie daj się nabrać na kupowanie głosów) nabrało zupełnie nowego znaczenia.
niedziela, 7 października 2012
Kraj dla wszystkich
Kilkanaście lat temu w reklamie proszku do prania Bożena Dykiel mówiła, że jak proszek jest do wszystkiego, to znaczy, że jest do niczego. Brazylia jest reklamowana jako kraj dla wszystkich…
Z pewnością w państwie, które byłoby "czyjeś", gdzie ludzie nie czuliby się jak goście, którym w dodatku wszystko wolno (Brazylia to wszakże kraj imigrantów, a więc nikt tu nie jest "u siebie"), ulice dziś nie wyglądałyby tak:
Tak, nadeszły wybory, dzisiaj Brazylijczycy wybierają swoje lokalne władze. A do wyboru mają mnóstwo różnych interesujących kandydatów, którzy prześcigali się aż do wczoraj (w Brazylii nie obowiązuje cisza wyborcza) nie tylko w wyliczaniu błędów przeciwników, ale też w wymyślaniu co ciekawszych pseudonimów. Nikogo zatem tu nie dziwi, że może zagłosować na Jasia Piekarza albo Sergia z Autobusu, a nawet na samego Jezusa Chrystusa.
I na tym, że można na kogoś głosować podobieństwa między wyborami w Brazylii a tymi znanymi nam Polakom się kończą. Jeśli ktoś narzeka na demokrację w Polsce, a raczej na jej brak, zapraszam tutaj. W tym demokratycznym kraju możliwość wybrania swoich przedstawicieli we władzach nie jest przywilejem. Jest obowiązkiem, w dodatku zagrożonym karą grzywny w przypadku jego niedopełnienia. Co prawda opłata jest symboliczna, ale konsekwencje niegłosowania mogą się za nami ciągnąć do końca życia, bo nie będziemy mogli starać się o pracę w sektorze publicznym. A taka w Brazylii jest dość porządana, bo gwarantuje zatrudnienie do emerytury — pracownika publicznego można zwolnić jedynie za przestępstwa kryminalne.
A jeśli już o kryminalistach mowa, to prawo brazylijskie zakazuje aresztowania wyborcy (o ile nie został przyłapany na gorącym uczynku) w tygodniu poprzedzającym głosowanie oraz do 48 godzin po zamknięciu lokali wyborczych.
Druga sprawa to tajność głosowania. W Brazylii — fikcyjna. Owszem, kabina do głosowania jest osłonięta przed wścibskim spojrzeniem, ale nasz głos, poświadczony numerem NIP, jest zapisywany w komputerze, Brazylia od lat posiada bowiem elektroniczny system głosowania.
I na koniec jeszcze sprawa kultury, którą poruszyłam już na początku. Ponieważ nie ma tu ciszy wyborczej, plakaty i ulotki są wszędzie, najwięcej na chodnikach po drodze do lokalu wyborczego. Były zresztą już wcześniej — wrzucane na podwórka szybko znajdowały swą drogę na ulicę. Tego wielkiego śmietniska nie posprząta nikt, nie tu w oddalonych od centrum dzielnicach. Najwyżej spłynie z deszczem. A potem w porze deszczowej będzie zmartwienie, że znów nas zalało. I wielka pretensja do tych, których dziś wybierzemy. To przecież ich miasto. My tu jesteśmy tylko gośćmi.
Z pewnością w państwie, które byłoby "czyjeś", gdzie ludzie nie czuliby się jak goście, którym w dodatku wszystko wolno (Brazylia to wszakże kraj imigrantów, a więc nikt tu nie jest "u siebie"), ulice dziś nie wyglądałyby tak:
Tak, nadeszły wybory, dzisiaj Brazylijczycy wybierają swoje lokalne władze. A do wyboru mają mnóstwo różnych interesujących kandydatów, którzy prześcigali się aż do wczoraj (w Brazylii nie obowiązuje cisza wyborcza) nie tylko w wyliczaniu błędów przeciwników, ale też w wymyślaniu co ciekawszych pseudonimów. Nikogo zatem tu nie dziwi, że może zagłosować na Jasia Piekarza albo Sergia z Autobusu, a nawet na samego Jezusa Chrystusa.
I na tym, że można na kogoś głosować podobieństwa między wyborami w Brazylii a tymi znanymi nam Polakom się kończą. Jeśli ktoś narzeka na demokrację w Polsce, a raczej na jej brak, zapraszam tutaj. W tym demokratycznym kraju możliwość wybrania swoich przedstawicieli we władzach nie jest przywilejem. Jest obowiązkiem, w dodatku zagrożonym karą grzywny w przypadku jego niedopełnienia. Co prawda opłata jest symboliczna, ale konsekwencje niegłosowania mogą się za nami ciągnąć do końca życia, bo nie będziemy mogli starać się o pracę w sektorze publicznym. A taka w Brazylii jest dość porządana, bo gwarantuje zatrudnienie do emerytury — pracownika publicznego można zwolnić jedynie za przestępstwa kryminalne.
A jeśli już o kryminalistach mowa, to prawo brazylijskie zakazuje aresztowania wyborcy (o ile nie został przyłapany na gorącym uczynku) w tygodniu poprzedzającym głosowanie oraz do 48 godzin po zamknięciu lokali wyborczych.
Druga sprawa to tajność głosowania. W Brazylii — fikcyjna. Owszem, kabina do głosowania jest osłonięta przed wścibskim spojrzeniem, ale nasz głos, poświadczony numerem NIP, jest zapisywany w komputerze, Brazylia od lat posiada bowiem elektroniczny system głosowania.
I na koniec jeszcze sprawa kultury, którą poruszyłam już na początku. Ponieważ nie ma tu ciszy wyborczej, plakaty i ulotki są wszędzie, najwięcej na chodnikach po drodze do lokalu wyborczego. Były zresztą już wcześniej — wrzucane na podwórka szybko znajdowały swą drogę na ulicę. Tego wielkiego śmietniska nie posprząta nikt, nie tu w oddalonych od centrum dzielnicach. Najwyżej spłynie z deszczem. A potem w porze deszczowej będzie zmartwienie, że znów nas zalało. I wielka pretensja do tych, których dziś wybierzemy. To przecież ich miasto. My tu jesteśmy tylko gośćmi.
wtorek, 2 października 2012
Bezimienny
Na razie pomału, ale coraz głośniej i widoczniej, zbliża się Mundial 2014. Nie jestem fanką piłki nożnej, ale nie sposób nie odnotować tego wydarzenia z kronikarskiego obowiązku. Póki co przygotowania idą jak krew z nosa, czyli dla nas, Polaków, nic nowego. Choć język nie ten, to mañana (hiszp. jutro) jako styl życia obowiązuje pewnie we wszystkich krajach Ameryki Łacińskiej (oraz kilku europejskich). Ja w każdym razie nadal cierpliwie czekam na stację metra w swojej dzielnicy… Ale to taka dygresja.
Kilka dni temu spacerując po centrum miasta, natknęłam się na taki oto widok:
Dla niewtajemniczonych: jest to maskotka brazylijskich Mistrzostw Świata. Dla jeszcze bardziej niewtajemniczonych: jest to zwierzątko zwane po portugalsku tatu-bola, a w tłumaczeniu "pancernik-piłka", bo w chwili zagrożenia zwija się w kłębek.
Kilka dni temu spacerując po centrum miasta, natknęłam się na taki oto widok:
Dla niewtajemniczonych: jest to maskotka brazylijskich Mistrzostw Świata. Dla jeszcze bardziej niewtajemniczonych: jest to zwierzątko zwane po portugalsku tatu-bola, a w tłumaczeniu "pancernik-piłka", bo w chwili zagrożenia zwija się w kłębek.
Oczywiście to jego nazwa, a nie właściwości, spowodowała, że został wybrany maskotką imprezy. I o ile ten wybór wydaje się satysfakcjonować gusta większości, o tyle kwestia imienia dla pancernika wywołała narodową dyskusję. Z czterystu pięćdziesięciu propozycji FIFA wybrała trzy, które według niej najbardziej kojarzyły się z hasłami przewodnimi mistrzostw: futbolem, ekologią (?) i radością:
AMIJUBI (czyt. amiżubi) — to połączenie słów amizade (przyjaźń) i júbilo (wielka radość), dwóch cech charakteryzujących nie tylko maskotkę, ale i każdego Brazylijczyka (i znów powielamy stereotyp…);
FULECO (czyt. fuleko) — to mariaż futbolu i ekologii, jako najważniejszych haseł imprezy, będących też zachętą do większego dbania o środowisko naturalne (czyli, drodzy kibice, puszki po piwie wyrzucamy do kosza);
ZUZECO (czyt. zuzeko) — to mieszanka portugalskiego słowa oznaczającego kolor niebieski (azul) ze słowem "ekologia". Imię-poezja, bo według opisu, nawiązuje do błękitu oceanu, rzek przecinających kraj oraz czystego nieba. Jak kibice przyjadą do São Paulo na mecz otwarcia i poczują zapach ścieku zwanego rzeką Tietê, to na pewno właściwie pojmą ideę tego imienia.
A teraz trochę statystyk. Na stronie sportowej UOL można zagłosować na ulubioną nazwę maskotki. Najwięcej głosów zyskał "Fuleco" (niecałe 16%), ale wyniki są miażdżące: ponad 73% głosujących nie oddało głosu na żadną propozycję, twierdząc, że wszystkie trzy są brzydkie. No cóż…
Wychodząc naprzeciw gustom niezadowolonych, FIFA ogłosiła, że nie zmieni reguł konkursu. A nieświadomy niczego tatu-bola stoi sobie w środku miasta i uśmiechając się wesoło, zaprasza do wspólnej zabawy:
I niech tak zostanie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
O mnie
Z urodzenia olsztynianka, z zamieszkania paulistana. Zapraszam do odwiedzania mojego blogu, na którym podzielę się swoimi wrażeniami i spostrzeżeniami z życia w Brazylii.
Moje galerie fotografii
Warto zajrzeć
Może warto zajrzeć?
Archiwum bloga
-
►
2013
(14)
- ► października (2)
-
►
2012
(23)
- ► października (4)








